Szukaj nekrologu

Wyniki: 9.566

płk Henryk Bednarek
(23.01.1955 r. – 2.04.2019 r.)
Mija już rok, a ja wciąż nie przestaję się dziwić. Ten krótki moment zawahania, gdy otwieram drzwi rodzinnego domu
i przypominam sobie, że już Go tam nie zastanę. A przecież zawsze na mnie czekał, gdy przyjeżdżałem z daleka
i pomagał mi znaleźć miejsce do parkowania na podwórku. Jego wielkość, Jego dobroć, Jego miłość przejawiały się w takich właśnie drobiazgach. W piwnicy wciąż stoi oparta o ścianę półka, której nie zdążył skręcić. W szafkach czy dokumentach
do dziś odnajduję krótkie, pisane trudnym do podrobienia charakterem pisma notatki, które robił, by niczego nie zapomnieć. Ostatni list, jaki nam zostawił, już ze szpitalnego łóżka, to była instrukcja, jak należy prawidłowo podcinać drzewka.
Te przedmioty, które w tamtym życiu były zupełnie obojętne, w świecie bez Niego potrafią wiele powiedzieć o tym, jaki był.
Troska i praktyczność – te cechy jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy obcując z rzeczami, które po sobie zostawił czasem w myślach, a czasem na głos zdarza mi się pytać w próżnię „no dlaczego nie ma Cię już wśród nas?”.
Pamiętam leżącą na blacie w kuchni listę z rzeczami do zrobienia, którą codziennie pod wieczór uzupełniał na nowo,
planując kolejny dzień. Pamiętam prośby, by zawsze dać znać, gdy dojadę. To był nasz rytuał, że zaraz po przybyciu
na miejsce, ja wysyłałem mu krótkie „jestem”, a On odpowiadał mi jeszcze bardziej zdawkowo „ok”.
W moim telefonie wciąż mam zapisane te zwięzłe konwersacje, bez których żadnej z mojej podróży
nie mogłem uznać za zakończoną. Pamiętam, że dobrze znał kalendarz prac polowych i lubił dbać o ogród.
Pamiętam, że kochał las i przyrodę. Pamiętam, że gdy zabrakło pieniędzy w rodzinie, nie zawahał się na moment,
by sięgnąć do oszczędności, nie oczekując spłaty. Pamiętam, że płakał po śmierci naszego psa.
Tego psa, z którym wychodził co rano przed pracą, żebyśmy my mogli dłużej pospać.
Pamiętam też, teraz dużo bardziej niż kiedyś, że nigdy w moim życiu nie było chwili, bym mógł wątpić w jego pomoc.
Przypadkiem, a może wcale nieprzypadkiem ostatnie miesiące Jego życia zbiegły się z czasem, gdy dużo śmielej i mądrzej
niż wcześniej zacząłem myśleć o tym, kim był mój Ojciec, jakie wzorce i wartości mi przekazał.
Nie wiem, czy uświadamiał sobie to, co ja sobie uświadomiłem – jak wiele dokonał w życiu i jakim był dzielnym,
wytrwałym i mężnym człowiekiem. Wiem, że nigdy wprost nie usłyszał tego ode mnie, czego bardzo żałuję.
Gdybym miał możliwość jeszcze coś Mu powiedzieć, to byłoby właśnie to.
Bardzo bym chciał, by mógł wiedzieć to, co ja teraz o Nim wiem. By gdziekolwiek teraz jest, mógł poczuć to,
co my czujemy za każdym razem, gdy w sposób wypowiedziany lub niewypowiedziany przywołujemy Go do nas.
By dotarła do Niego nasza wdzięczność, za bezpieczny,
pełen możliwości, wsparcia i dobroci świat, jaki zbudował dla swojej rodziny.
Sprawiedliwość to jedna z ostatnich rzeczy, jakie można oczekiwać od losu, ale złość na to,
że musiał tak nagle i dramatycznie odjeść jest wciąż żywa. Tej rany czas nie uleczył.

Wojciech Bednarek, w imieniu swoim,
Mamy Lucyny i Brata Michała

Henryk Bednarek

Opublikowano: 02.04.2020 - Gazeta Wrocławska

Zobacz anons

Płk Jan Kowalczyk
(8.04.1932 – 1.04.2019)

Wiedzieliśmy, że odchodzi. On także o tym wiedział i wydawało się, że przyjmował to ze spokojem.
Spokój w obliczu śmierci jest przywilejem ludzi o mocnym charakterze i tych, których życie zdążyło mocno zahartować.
Tak właśnie było w Jego przypadku.
Siła i życiowa energia, którą odczuwał każdy, kto z Nim obcował, nie opuściły Go prawie do samego końca.
Jedynie w ostatnich tygodniach, gdy umęczone chorobami ciało wreszcie uległo,
zdany był na pomoc Żony i najbliższej rodziny.
Normalnie, przez całe życie, to On pomagał nam i myślę, że nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej.
Zrobiło się bardzo cicho i smutno bez Niego „w Lesie” – tak miał w zwyczaju nazywać wiejską posiadłość,
gdzie wraz z Żoną przeżyli ponad dwadzieścia lat. Tylko On od samego początku miał do tego domu przekonanie,
my potrzebowaliśmy trochę czasu, by oswoić to miejsce.
Z czasem, nikt nie zauważył kiedy, Las się stał nieodłączną częścią historii naszej rodziny,
gdzie zapisały się nasze najbardziej beztroskie i radosne wspomnienia. I w żadnym z tych wspomnień
nie może zabraknąć Jego postaci – pozornie surowego, lecz zawsze cieszącego się z odwiedzin
i mającego na wszystko baczenie Gospodarza.
Choć Wrocław pozostał ich miejskim przyczółkiem zdecydowanie byli „tamtejsi”,
z ich niezmiennym porządkiem dnia – wyprawą autem po zakupy, ulubionymi sklepami, lekturą gazety
i wspólnym piciem kawy w ogrodzie, sąsiedzkimi wizytami, dokarmianiem okolicznych psów i kotów.
I były jeszcze te długie letnie wieczory w ogrodzie przy szklance zimnego piwa, którym częstował nas na zwieńczenie dnia. Miał wtedy spokój na twarzy i milcząc patrzył się w dal.
Wojsko miał we krwi. Wojsko go ukształtowało i wytyczyło jego życiową drogę. Że była to właściwie obrana ścieżka
dla nikogo, kto go lepiej znał, nie było wątpliwości. Lubił porządek i dyscyplinę, lecz nade wszystko lubił przewodzić.
Nie był przez to człowiekiem łatwym, ale cechy te w połączeniu z Jego charyzmą, pogodnym usposobieniem oraz odwagą czyniły zeń wybitnego żołnierza i szanowanego dowódcę. Nawet gdy już zdjął mundur i odpiął pagony,
dla nas wszystkich pozostawał Panem Pułkownikiem. Był raczej mało wylewny i rzadko dzielił się wspomnieniami,
ale gdy już coś wydobywał z pamięci, były to zazwyczaj anegdoty związane ze służbą wojskową.
Mało co sprawiało mu taką radość, jak telefon czy odwiedziny swoich dawnych podkomendnych.
Śledził ich losy, wielu zostało Jego serdecznymi przyjaciółmi.
Żył radośnie i głośno, a umarł cicho i spokojnie.
Cieszę się, że mieliśmy okazję się pożegnać. Powiedzieć, to, co najważniejsze – że Go kochamy i za wszystko dziękujemy.
Co to znaczy wszystko, trudno ująć w słowa. Z resztą, On już to teraz wie.

Żona, Dzieci, Wnuki

Jan Kowalczyk

Opublikowano: 01.04.2020 - Gazeta Wrocławska

Zobacz anons